wtorek, 31 stycznia 2017

Kachetia Tour


Ostatni dzień w Kachetii postanowilismy poświęcić na krótkie zapoznanie z krainą wina i monastyrów. Jak to się mówi, kto nie zna Kachetii, ten nie zna Gruzji. My ten region zaledwie liznęliśmy. Pomogli nam w tym oczywiście Celina i Piotr. Ruszyliśmy z samego rana z dwójką poznanych dzień wcześniej Izraelczyków. Było dużo wina, trochę architektury i niestety sporo deszczu, który nieco zweryfikował plan wycieczki. 


Ciężkie, szaro-bure chmury wisiały nad nami w zasadzie od samego rana. No cóż, jak się nie ma, co się lubi, to się lubi nawet zwiedzanie w strugach deszczu. I właśnie w takiej aurze przyszło nam zwiedzać monastyr w Gremi. Rozbudowane w II połowie XV wieku, przez 150 lat pełniło funkcję stolicy regionu. Aż tu nagle w 1616 r. zostało zdobyte, złupione, zniszczone przez Persów. Już nigdy nie odzyskało swojej świetności. Stolica została przeniesiona do pobliskiego Telawi, a turyści mogą oglądać tylko pozostałości dawnego Gremi. Na wzgórzu uchował się kościół św. Archaniołów, wieża zamkowa, dzwonnica oraz marani, czyli piwnica na wino. Świątynia, jak zresztą większość, które zobaczyliśmy w Gruzji, pokryta jest freskami. W środku panuje polmrok. Śmiało można napisać, że panuje tam mistyczno-magiczna atmosfera, da się wyczuć ducha czasu.


Zaraz obok znajduje się wieża zamkowa. By móc zobaczyć co skrywa, należny zapłacić 3 lari. Zapłaciliśmy, weszliśmy, bo spodziewaliśmy się pięknej panoramy na okolice. Widok z góry jest jednak bez ochów i achów. Może gdyby pogoda była lepsza, to byśmy zobaczyli coś więcej? Wdrapując się po schodach mieliśmy możliwość pooglądać przedmioty wykopane w okolicach Gremi i zobaczyć miejsce, gdzie król musiał chodzić piechotą. Kibelek pierwsza klasa.

Jakieś 200 metrów od tego miejsca znajdują się ruiny dawnej części handlowej. Niestety deszcz, który coraz mocniej kapał z nieba, zmusił nas do udania się w kierunku auta.

---

Kolejny ważny obiekt na mapie Gruzji, czyli monastyr Nekresi, także podziwialiśmy w niezbyt sprzyjających warunkach atmosferycznych. Gdy zajechaliśmy na parking lało. Nie poddaliśmy się jednak. Kupiliśmy bilety na autobus, który zawiózł nas prosto do monastyru. Droga jest kręta, a kąt nachylenia nieraz przyprawiał mnie o zawrót głowy. Jest także możliwość podejścia na własnych nogach. Nawet przy ładnej pogodzie podejście pod tak stromą górę byłoby mało przyjemne, a w strugach deszczu tym bardziej. Autobus był super alternatywą. Na zwiedzenie zabytku mieliśmy 30 minut. Pierwsza myśl - trochę mało tego czasu. Okazało się jednak, że spokojnie daliśmy radę. Szkoda tylko, że pogoda była kiepska. Przy bezchmurnym niebie, widoki z tego miejsca na dolinę Alazani, muszą być fenomenalne. Nie mieliśmy tyle szczęścia, żeby ich doświadczyć, więc skupiliśmy się na samym klasztorze.


Pierwszy kościół, który nota bene zachował się do dziś, został wybudowany w IV w. n.e. Kompleks składa się z zabudowań i ruin z rożnych okresów tj. wcześniej wspomnianej bazyliki, pałacu biskupiego połączonego z tradycyjną piwniczką na wina z zamurowanymi w podłodze kvevri, XVI-wiecznej wieży, pozostałości innych zabudowań gospodarczych i mieszkalnych, czy małych kaplic.


Zespół klasztorny był nieraz celem grabieży, a w XVIII wieku został zniszczony. Całe szczęście dziś możemy podziwiać odrestaurowany kompleks, a powiadam Wam, że jest co podziwiać. Oczywiście wnętrza budynków sakralnych pokryte są freskami. Malowidła na wiekowych ścianach, ikony, blask świec, tworzą mistyczną atmosferę. Na mnie największe wrażenie zrobiły kości ludzkie wyłożone w bazylice. Brrr... W Nekresi czułam się trochę tak jakbym przeniosła się kilka wieków wstecz. Klasztor owity mgiełką (na chwilę przestało padać) pobudził zdecydowanie wyobraźnię. Pomimo tego, że nie mieliśmy okazji delektować się widokami ze wzgórza i tak byłam zachwycona. Mżawko-mgiełka nadała Nekresi aurę tajemniczości, trudnej do opisania magiczności.


Nekresi kojarzone jest bezapelacyjne z jednym z 13 Ojców Syryjskich - Abibosem. W VI wieku objął on funkcję biskupa i rozpoczął chrystianizację okolic, pomimo faktu iż były one w owym czasie pod władaniem perskim. Wpadł on także na pomysł zalania wodą świętego ognia zoroastryzmów w ich świątyni. Wedle ich wierzeń, ogień to rzecz święta, więc nietrudno wyobrazić sobie ich (łagodnie pisząc) zdenerwowanie. Za swój czyn został skazany na śmierć przez ukamienowanie.


---

Druga część objazdówki była zdecydowanie bardziej na luzie. Nie potrzebowałam chusty na głowie, ani zasłoniętych kolan czy ramion. Testowaliśmy wino, na kilka godzin staliśmy się sommelierami. Nie jest tajemnicą, że Kachetia właśnie winem stoi. Właściwie chyba każdy gospodarz takowe ma w swoim domostwie, a nie jeden sam je robi tradycyjną gruzińską metodą. Niejednokrotnie mieliśmy okazję próbować tych domowych smakołyków. Jedne są lepsze, drugie gorsze. Białe, czasem czerwone, z reguły w 5 litrowych plastikowych baniakach. Jedno jest pewno: jak częstują - nie odmawiać!

My podczas objazdówki zahaczyliśmy o dwie przemysłowe winiarnie z prawdziwego zdarzenia, a zakończyliśmy w małej przydomowej. Podczas tych wizyt dowiedzieliśmy się co nieco o gruzińskim winie. Pierwsze wina robiło się na tych ziemiach już 7000 lat temu, co czyni gruzińskie wino najstarszym na świecie. To się dopiero nazywa tradycja winiarska. Co ciekawe do dnia dzisiejszego, ok. 10% wina wytwarza się w sposób tradycyjny.


Po zbiorach winogrona są miażdżone w drewnianych korytach siłą ludzkich nóg. Następnie sok wraz z wszystkimi resztkami (skórkami, pestkami i gałązkami !) spływają do glinianych dzbanów zwanych kvevri. Kvevri zakopane są w ziemi, a wszystko po to, aby panowała w nich idealna temperatura. Tam fermentacja trwa 7-10 dni. Wino sobie fermentuje, a podczas fermentacji od czasu do czasu się je miesza. Po tej fermentacji zaczyna zachodzić proces fermentacji jabłkowo-mlekowej. Na sam dół spływają niechciane pestki, a następnie przykrywają je skórki, gałązki, itp... Po tym etapie naczynie jest szczelnie zamykane na 3-6 miesięcy. Dojrzewa sobie. Wiosną wino przelewa się do czystego naczynia, a z osiadłych na dole resztek robi się czaczę, czyli mocną gruzińską wódeczkę. W ten oto sposób mamy najlepsze na świecie wino bez dodatku siarki. Kvevri się czyści i szykuje na następną fermentacje. Naczynia są dokładnie szorowane specjalnie przygotowaną szczotką z gałęzi wiśni lub czereśni. Mały ludzik wciska się przez otwór i tak długo się męczy, aż naczynie jest gotowe na przyjęcie kolejnej porcji winogron. Jest to podobno dosyć niebezpieczne zajęcie. W Polsce dosyć ciężko kupić takie wino, a jak już jest to trzeba za nie zapłacić ponad 70 zł. Jeśli ktoś z Was, czytelników naszego bloga, ma namiary na hurtownię oferującą wina produkowane metodą tradycyjną, proszę o informację. Większość sprowadzanych do nas win to alkohole produkowane specjalnie na potrzeby rynku europejskiego. Są robione wyłącznie z soku winogron, przechowywane w wielkich aluminiowych zbiornikach obłożonych styropianem, siarkowane, butelkowane i wysyłane np. do Polski.


Jeszcze jako ciekawostkę napiszę, że winogrona to złoto Kachetii, więc mieszkańcy starają się je ochronić przed wszelkimi żywiołami, np. gradem. Niejednokrotnie słyszeliśmy głośne "bum" w Sighnaghi. Okazało się, że źródłem tego przeraźliwego huku są armaty przeciwgradowe. Urządzenie wyposażone jest w radar, który wykrywa nadchodzące chmury gradowe i strzela w nie na wysokość 15 tys. metrów falą dźwiękową powstałą w wyniku zmieszania powietrza i acetylenu. Jest ona dodatnio naładowana. Ładunek ten zmienia polaryzację chmury, czyli miesza powietrze zimne z ciepłym i nie dopuszcza w ten sposób do powstania kulek gradowych. Z takiej chmury spadnie jedynie deszcz lub śnieg, który nie niszczy owoców.


Bardzo fajnie ten cały proces wytwarzania wina został nam zobrazowany w winiarni Kindzmaruli. Przewodniczka zapoznała nas w ciekawy sposób z dwoma sposobami wytwarzania gruzińskiego wina. Na koniec Wojtek za 6 lari raczył się bezsiarkowymi cudami. Do testowania dostał 3 wina. Każde podobno wyśmienite o tak głębokich aromatach, jakich nie wyczuje się w winach sprzedawanych w Polsce za 30-40 zł.

W kolejnej winiarni do której zajechaliśmy, także była możliwość testowania, ale sobie odpuściliśmy. Nas ciekawił przede wszystkim 8-kilometrowy tzw. wine tunnel należący do winiarni Khareba, w którym jest ono wytwarzane i przechowywane. Dawniej, wydrążony w skale tunel, pełnił funkcję ośrodka wojskowego, bunkra. Dziś to miejsce gdzie panują świetne warunki do leżakowania wina, a zarazem atrakcja turystyczna. Koszt tej atrakcji jest dość spory (7 lari) biorąc pod uwagę co w zamian oferują tj. krótki, naprawdę krótki spacer po nim i oczywiście historia wytwarzania wina w Gruzji w wielkim skrócie. Według mnie miejsce nie było warte swojej ceny.


Ostatnim etapem objazdówki była wizyta w przydomowej winiarni połączona z degustacją win i jedzonkiem. Takiej winiarni z dziada pradziada. Zabawiliśmy tam chyba z 3 godziny. Podobno zdarzają się goście, dla których supra trwa do późnych godzin wieczornych. Cały pic polega na tym, że pijesz tyle ile zmieścisz. Konkurencje polegały na wypiciu jak największej ilości pysznego wina z tradycyjnej glinianej miseczki, z dachówki, czy ze słynnego gruzińskiego rogu. Doradzę tylko, że kluczem do sukcesu jest nie łykać. Wino musi się tylko przelewać przez gardło do żołądka. Powiedzmy, że gospodarz pełnił rolę tamady, czyli wygłaszał toasty, podtrzymywał rozmowę i polewał. Oczywiście ta nasza mini supra była zorganizowana na potrzeby turystyki, więc z taka prawdziwą gruzińska biesiadą miała zapewne niewiele wspólnego. Nic a nic nam to jednak nie przeszkadzało. Czas spędziliśmy bardzo miło. w świetnym towarzystwie, przy pysznym jedzeniu i (ponoć) wyborowym winie. Około 18 musielismy się niestety pożegnać z gospodarzem. Czas było ruszać w stronę Tbilisi. Kierowca podrzucił nas na dworzec maszrutkowy w Gurdżani, wsadził w pojazd i pożegnał. Tak oto skończyła się nasza wspaniała przygoda z Kachetią - krainą winem płynącą.

PRAKTYCZNIE:

Wycieczka:

  • Zorganizowana przez Celinę i Piotra z Peter's Guest House za 100 lari. Było nas czterech, więc wyszło 25 lari na osobę. Start ok. 9:00, zakończenie wedle uznania.
  • Program wycieczki również do uzgodnienia, aczkolwiek my przyjęliśmy bezkrytycznie to co nam zaproponowano, tj.: monastyry Gremi i Nekresi, Kvareli Lake (pogoda nie pozwoliła), winiarnie Kindzmaruli i Khareba (wine tunnel), odwiedziny w domowej winiarni i degustacja.
Atrakcje:
  • Monastyr Gremi - Monastyr oddalony o jakieś 16 km od Kvareli jadąc wzdłuż podnóży Kaukazu. Wstęp na wieżę zamkową i do muzeum kosztuje 3 lari. Do pozostałych części kompleksu wstęp darmowy. Polecamy.
  • Monastyr Nekresi - Położony w połowie drogi między Kvareli, a Gremi, przy czym należy zboczyć z głównej trasy. Od parkingu do monastyru wiedzie bardzo stroma i kręta droga, którą można przejść na piechotę, co zajmuje ok. 40 minut, lub wjechać autobusem (koszt to 1,5 lari). Zdecydowanie zalecamy nie cwaniakować i wjechać autobusem. Monastyr zdecydowanie wart odwiedzenia.
  • Winiarnia Kindzmaruli - Położona w samym centrum miasteczka Kvareli. Wycieczka z przewodnikiem po winiarni jest darmowa, a degustacja końcowa (dla chętnych) kosztuje 6 lari za 3 małe kieliszki wina. Wina są wyborne, przewodniczka ciekawie o nich opowiada, więc warto. W tym miejscu warto się również zaopatrzyć w parę butelek gruzińskiego wina, czego my niestety nie zrobiliśmy.
  • Winiarnia Khareba - Znana również jako "wine tunnel". Wstęp do tunelu kusztuje 3 lari. Tunel ma podobno 8 km, a pokazane jest może 500 m. Na temat wina też zbyt dużo się nie dowiedzieliśmy. Jeśli chodzi o degustację to dostępne są następujące pakiety cenowe: 10 GEL za zwiedzanie tunelu i zwykłą degustację kilku win; 35 GEL za zwiedzanie tunelu, degustację wina, degustację czaczy, pieczenie gruzińskiego chleba i wyrabianie churchkhela; 70 GEL za zwiedzanie tunelu, degustację wina klasy premium, degustację czaczy, pieczenie gruzińskiego chleba i wyrabianie churchkhela. My nie wykupiliśmy degustacji wina, ale widzieliśmy, że jest przygotowana lepiej niż w winiarni Kindzmaruli.

Brak komentarzy

NAPISZ COŚ