Do Luang Prabang przybyliśmy bardzo wcześnie, przed 5 rano. Brudni, głodni, zmęczeni, bez zarezerwowanego hotelu, ale żądni wrażeń. Miasteczko było jeszcze ciemne i głuche. Jeszcze, ponieważ już za chwilę mieliśmy stać się świadkami Tak Bat, czyli słynnej ceremonii ofiarowania mnichom darów. Nie spodziewałam się po tym wydarzeniu jakichś spektakularnych przeżyć, wrażeń, emocji. Niestety nie byłam w błędzie...
Gdy w końcu przybyliśmy na najpopularniejszą wśród turystów ulicę Sakkaline Rd, którą kroczą mnisi, panie ze sticky rice już rozkładały swoje kramy. Na chodniku porozstawiane były małe krzesełka, a zaraz przy nich rozłożone dywany. Te taboreciki były przygotowane przede wszystkim dla turystów, którzy już za chwile mieli tu tłumnie przybyć i zakupić cholernie drogi, jak na warunki laotańskie, ryż.




