niedziela, 20 marca 2016

Luang Prabang - I miss You...

Luang Prabang - Tak Bat

Do Luang Prabang przybyliśmy bardzo wcześnie, przed 5 rano. Brudni, głodni, zmęczeni, bez zarezerwowanego hotelu, ale żądni wrażeń. Miasteczko było jeszcze ciemne i głuche. Jeszcze, ponieważ już za chwilę mieliśmy stać się świadkami Tak Bat, czyli słynnej ceremonii ofiarowania mnichom darów. Nie spodziewałam się po tym wydarzeniu jakichś spektakularnych przeżyć, wrażeń, emocji. Niestety nie byłam w błędzie...

Gdy w końcu przybyliśmy na najpopularniejszą wśród turystów ulicę Sakkaline Rd, którą kroczą mnisi, panie ze sticky rice już rozkładały swoje kramy. Na chodniku porozstawiane były małe krzesełka, a zaraz przy nich rozłożone dywany. Te taboreciki były przygotowane przede wszystkim dla turystów, którzy już za chwile mieli tu tłumnie przybyć i zakupić cholernie drogi, jak na warunki laotańskie, ryż.

wtorek, 15 marca 2016

Jedziemy do Luang Prabang


No to jedziemy do Laosu. Tym razem skorzystaliśmy z usług biura turystycznego. W związku z tym, że zaczynał się high season postanowiliśmy nie ryzykować i kupić bilety dwa dni przed planowaną podróżą. Zrobiliśmy rekonesans cenowy i zakupiliśmy bilety do Luang Prabang za 1300 BHT.

Do LP z Chiang Mai można się dostać autobusem (tak jak my) lub łodzią. Długo zastanawialiśmy się, którą opcję wybrać. W końcu zdecydowaliśmy się na autobus przede wszystkim ze względu na czas. Autobus to dzień i noc podróży. Spływ Mekongiem trwa z kolei dwa pełne dni + 1 dzień na dojazd z Chiang Mai. Poza tym wiedzieliśmy, że w Laosie trochę tymi łodziami popływamy, więc nie specjalne mieliśmy ciśnienie na ten rodzaj transportu.

czwartek, 3 marca 2016

Doi Suthep


Jednym z najważniejszych punktów naszego pobytu w Chiang Mai była wizyta w Wat Phrathat Doi Suthep - świątyni znajdującej się ok. 20 kilometrów od miasta (jak się tam dostać opisaliśmy w informacjach praktycznych). W planie oczywiście wczesna pobudka. Na tyle wczesna, aby uniknąć tłumów. Niestety coś nie wyszło...znowu. Na przystanku autobusowym wylądowaliśmy ok. 9:00. Następnie czekanie aż zbierze się 10 osób i po 20 minutach ruszyliśmy.

Z budową Wat Phrathat Doi Suthep związana jest pewna legenda. Otóż dawno, dawno temu czyli w XIV wieku, w góry wysłano słonia z umocowanymi na jego szyi relikwiami Buddy. Zwierzę szło, szło, aż w pewnym momencie zatrzymało się, zatrąbiło, okręciło się trzy razy i uklękło w miejscu, w którym obecnie stoi kompleks sakralny.

poniedziałek, 29 lutego 2016

Jak z pewnym Tajem wędrowaliśmy po Doi Inthanon


Zacznę od tego, że do Doi Inthanon National Park nie jest łatwo dotrzeć przy ograniczonym budżecie. Dodam, że dodatkowym utrudnieniem był fakt, że nie chcieliśmy jechać z wycieczką zorganizowaną. Dla zasady. 5 minut tu, 5 minut tam... to nie dla nas. Poza tym każde z biur ma w pakiecie wycieczki do wioski Karen (długie szyje). Nie chciałam oglądać kobiet z obręczami na szyi. Jest to moim zdaniem niehumanitarne. Kiedyś pewnie była to tradycja, dziś jest to robienie pieniędzy na tych biednych kobietach. Nie zamierzam wspierać tego biznesu. Obładowane ludźmi słonie także mnie nie interesują, a ta atrakcja często jest częścią pakietu. Tak więc pomysł zakupu wycieczki zorganizowanej upadł tak naprawdę zanim powstał.

Musieliśmy sporo się nagłówkować, żeby było po naszemu, ale wyszło rewelacyjnie...

piątek, 19 lutego 2016

Zapiski z Chiang Mai


Wcześniej już wielokrotnie z żalem wspominałam, że podczas pierwszej wizyty w Tajlandii nie udało się dotrzeć do Chiang Mai. Chociaż zależało nam, aby je zobaczyć, było ona tak bardzo nie po drodze, że odpuściliśmy. Może i dobrze się stało, bo dzięki temu 10 miesięcy później oglądaliśmy unoszące się na niebie lampiony o czym możecie przeczytać tu.

Zacznę może niezbyt zachęcająco i zapewne kontrowersyjnie... Generalnie tajlandzkie miasta są brzydkie i Chiang Mai nie jest wyjątkiem od reguły. Co więc sprawiło, że zakochaliśmy się w nich bez reszty i ciągnie nas do nich tak bardzo? Przede wszystkim atmosfera. Cudowni, uśmiechnięci, życzliwi i bezinteresowni ludzie, zapachy, kolory. Gdy opuszczasz azjatyckie miasto wiesz, że jeszcze tam wrócisz. Chiang Mai jest najlepszym tego przykładem.