Do Mcchety, pierwszej stolicy Gruzji, trafiliśmy prosto z obecnej stolicy - Tbilisi. Dotarcie do tego małego miasteczka jest banalnie proste. Wskoczyliśmy do metra. Chwila, moment i już byliśmy na dworcu maszrutkowym Didube. Teraz pozostało nam znaleźć odpowiednią marszrutkę i w drogę. Marszrutek na dworcu jest co nie miara i naprawdę ciężko się połapać co i jak. Ni stąd ni zowąd atakowani byliśmy także przez taksówkarzy, którzy za bajońskie sumy proponowali nam transport. Nie poddaliśmy się jednak i już po paru minutach siedzieliśmy we właściwym pojeździe. Do Mcchety jechaliśmy jakieś 30 minut. Miasteczko przywitało nas piękną pogodą. Słońce, gdzie nie gdzie chmury, żyć nie umierać.
wtorek, 28 lutego 2017
Mccheta - pierwsza stolica Gruzji
Do Mcchety, pierwszej stolicy Gruzji, trafiliśmy prosto z obecnej stolicy - Tbilisi. Dotarcie do tego małego miasteczka jest banalnie proste. Wskoczyliśmy do metra. Chwila, moment i już byliśmy na dworcu maszrutkowym Didube. Teraz pozostało nam znaleźć odpowiednią marszrutkę i w drogę. Marszrutek na dworcu jest co nie miara i naprawdę ciężko się połapać co i jak. Ni stąd ni zowąd atakowani byliśmy także przez taksówkarzy, którzy za bajońskie sumy proponowali nam transport. Nie poddaliśmy się jednak i już po paru minutach siedzieliśmy we właściwym pojeździe. Do Mcchety jechaliśmy jakieś 30 minut. Miasteczko przywitało nas piękną pogodą. Słońce, gdzie nie gdzie chmury, żyć nie umierać.
PODZIEL SIĘ:
wtorek, 31 stycznia 2017
Kachetia Tour
Ostatni dzień w Kachetii postanowilismy poświęcić na krótkie zapoznanie z krainą wina i monastyrów. Jak to się mówi, kto nie zna Kachetii, ten nie zna Gruzji. My ten region zaledwie liznęliśmy. Pomogli nam w tym oczywiście Celina i Piotr. Ruszyliśmy z samego rana z dwójką poznanych dzień wcześniej Izraelczyków. Było dużo wina, trochę architektury i niestety sporo deszczu, który nieco zweryfikował plan wycieczki.
PODZIEL SIĘ:
piątek, 13 stycznia 2017
Dawid Garedża - tych widoków się nie zapomina
W planie mieliśmy 3 noclegi w Sighnaghi. Tak długi pobyt w tym małym miasteczku związany był z faktem, że jest ono świetną bazą wypadową m.in. do słynnego David Garedża, a na to miejsce ostrzyliśmy pazurki i szczerzyliśmy kły.
Przeszkodę stanowiła ewentualnie kiepska pogoda i dostępność transportu. Jak się okazało z ciemnymi chmurami nie było problemu. Pogodynka podpowiadała, że aura będzie nam sprzyjała. Bezchmurne niebo gwarantowało rewelacyjne przeżycia. Niestety gorzej sprawa wyglądała z transportem. Z Sighnaghi do David Garedża nie ma możliwości dotarcia transportem publicznym. Pozostaje stop, taksówka, albo wykupienie wycieczki w pensjonacie. Wybraliśmy trzecią opcję. W organizacji wycieczki pomogli nam właściciele Peter's Guest House - Celina i Piotr, za co jesteśmy im ogromnie wdzięczni. Oczywiście im więcej chętnych, tym taniej. Z nami zabrała się dwójka przemiłych turystów z Izraela. Po wszystkich kalkulacjach wyszło 25 lari na głowę. Było warto wysupłać grosz! Ruszyliśmy na stepowe łąki i góry w okolicy Garedża zobaczyć kompleks monastyrów, ale przede wszystkim nacieszyć oko widokami...
PODZIEL SIĘ:
wtorek, 10 stycznia 2017
Sighnaghi
I tak oto, po kilkunastogodzinnej podróży z Batumi, znaleźliśmy się w mieście zakochanych - Sighnaghi. Miejscu, które od kilku lat przeżywa swój renesans, a wszystko to za sprawą prezydenta Micheila Saakaszwilego. To właśnie on w 2007 r. zarządził rewitalizację tego pięknie położonego na wzgórzu miasteczka jak i kilku innych ośrodków Kachetii.
Sighnaghi jest malutkie. Kilka uliczek na krzyż, ale uroku ma tyle, co nie jedno duże miasto. Miejscowość próbuje zapracować na miano miasta zakochanych. To taka gruzińska Werona czy Chełmno. Pięknie odrestaurowana w ramach wspomnianego programu mającego zachęcić turystów do odwiedzenia Kachetii. Czy program odniósł sukces? Według mnie tak. Najlepszym tego dowodem są liczne pensjonaty czy restauracyjki. Miasto żyje z turystyki - to widać, słychać i czuć. Można powiedzieć, że dzięki rewitalizacji dostało swoją wielka szansę i wydaje mi się, że korzysta z niej ile może...
PODZIEL SIĘ:
wtorek, 27 grudnia 2016
Ogród Botaniczny w Batumi
Batumi to dziwne, ale mimo wszystko - interesujące miasto. Przyjechaliśmy do niego przede wszystkim, żeby się zrelaksować... odpocząć... Cel osiągnęliśmy. Niewątpliwie w jego osiągnięciu pomogły nam dwie wizyty w oddalonym 8 km od miasta Ogrodzie Botanicznym.
Czy Ogród nas zaczarował, oczarował, zauroczył? Pewnie trochę tak, skoro trafiliśmy tam dwukrotnie. Pierwszego dnia przybyliśmy do niego w godzinach popołudniowych i opuściliśmy go tuż przed zamknięciem. Dlaczego tak? Ano dlatego, że na wielu blogach wyczytaliśmy, że 3-4 godziny spędzone w ogrodzie spokojnie wystarczą i jeszcze się wynudzimy. Nic bardziej mylnego! Ogród zajmuje olbrzymi kawałek pagórkowatego terenu, przez który wije się kilkanaście szlaków, więc po prostu nie starczyło nam czasu, aby doświadczyć wszystkiego. Żałowaliśmy, że nie dotarliśmy do końca, ale cóż zrobić. Pech lub szczęście chciało, że następnego dnia trafiliśmy do niego ponownie, a stało się to tak...
PODZIEL SIĘ:




