Był taki dzień - 25 listopada 2015 r. Z samego rana wylądowaliśmy w stolicy Tajlandii, ale nie zamierzaliśmy się w niej rozgaszczać. Celem było Chiang Mai, w którym trwał w najlepsze festiwale festiwali - Loy Krathong oraz Yi Peng. Dzień, w którym wylądowaliśmy w kraju uśmiechu był dniem puszczania lampionów i krathong-ów, więc zależało nam aby wieczorną pora znaleźć się w Chiang Mai, gdzie właśnie tego dnia jest najbardziej magicznie. I tu pomogła nam Air Asia. Pyk myk i ok. 13:00 byliśmy na północy kraju.
Z lotniska do centrum wiózł nas przemiły taksówkarz. Tłumaczył co, jak, gdzie i kiedy. Cały czas mówił że będzie super... lampiony, parady, muzyka. No i że koniecznie musimy zobaczyć tajski boks. W Tajlandii to podobno dyscyplina numer jeden. Z kolei o piłce nożnej z Tajami nie pogadacie. Słaba drużyna, słabe wyniki, nie ma czym się chwalić.
Taksówkarz był ucieleśnieniem tego co w Tajlandii nas urzekło najbardziej: serdeczności, ciepła, uśmiechu. Był tym czego przez te 10 miesięcy najbardziej mi brakowało...
Taksówkarz był ucieleśnieniem tego co w Tajlandii nas urzekło najbardziej: serdeczności, ciepła, uśmiechu. Był tym czego przez te 10 miesięcy najbardziej mi brakowało...



